16. lipica 2010

II. Ratunek

Było ciemno. Biegła. Słyszała za sobą tupot nóg ścigających ją mężczyzn. Nie wiedziała kim są i czego chcą, wyczuła jednak niebezpieczeństwo. Napastników było dwóch jeden wysoki, łysy, drugi niski z kapturem na głowie. Bała się, że nie zdąży. Czuła na sobie cuchnący alkoholem oddech goniących ją mężczyzn, mimo iż dzieliło ich kilkadziesiąt metrów. Skręciła w prawo.
Nie znała tej części Paryża. Miała nadzieję, że zgubi napastników. Nie poszczęściło jej się. Był to ślepy zaułek. Odwróciła się, zobaczyła dwa cienie skręcające zza rogu.
- No to maleńka jesteś dziś nasza! - zaśmiał się niższy z mężczyzn.
- Najpierw jest moja. - odparł wyższy.
- Podzielimy się nią bracie. Tak jak zwykle. Nigdy robiłeś z tym problemów. - oburzył się niższy.
- Nie dziś... Dziś jest tylko moja. Potem możesz z nią zrobić co zechcesz.
- Ale...
Więcej nie słuchała, zrozumiała co ją czeka, bała się. Najgorsza była jej całkowita bezradność. Ci dwaj mężczyźni zrobią z nią co tylko zechcą. Nabrała powietrza w płuca, gotowa zacząć wołać o pomoc. Po chwili jednak wypuściła je. Uznała to za bezsensowne. Może krzyczeć, może wołać o pomoc, ale tu i tak nikt jej nie usłyszy, a Ci dwaj tylko na to czekają, chcą tego. Podnieca ich to. Stwierdziła, że nie da im tego.
Mężczyźni byli coraz bliżej...
Przygotowała się na najgorsze. Na ból. Cierpienie. Męki, jakich nikt żywy nie powinien zaznać.
- Tutaj - usłyszała cichy męski szept.
Rozejrzała się. Dostrzegła cień postaci ponaglający ją ręką by wskoczyła przez małe nieokratowane okno, do piwnic jednego z tutejszych budynków.
Nie znała motywów mężczyzny, wiedziała jedna, że to jej jedyna szansa. Motywy jej napastników już dobrze znała. Czy jeden mężczyzna mógł zrobić jej coś gorszego niż planowali dla niej Ci dwaj? Nawet jeśli jakie miałoby to teraz znaczenie?
Wskoczyła przez okno.
- Za mną! - ponaglił ją mężczyzna.
- Nic nie widzę! - zaprotestowała.
Mężczyzna westchnął.
Poczuła jak łapie ją za rękę i gwałtownie pociąga w głąb budynku.
- Gdzie podziała się ta suka?! - wrzeszczał któryś z napastników - Nie rozpłynęła się przecież w powietrzu!
- Musiała uciec tutaj - stwierdził drugi z mężczyzn wchodzą przez okno do pomieszczenia z którego przed chwilą zniknęli.
___

Wybiegli z budynku, całą drogę słyszała za sobą kroki tamtych mężczyzn. Było jaśniej, odwróciła się, zobaczyła oświetlony szyld starego teatru. Przed budynkiem stali ludzie, niektórzy obserwowali ich z dziwnymi minami, większość nie zwróciła na nich uwagi. Spojrzała na swego wybawiciela.
Młody, przystojny mężczyzna, około dwudziestki. Brunet o niebieskich oczach z czarującym uśmiechem na twarzy.
Ciężko oddychał bo długiej, męczącej ucieczce. Z resztą ona tak samo.
- Dziękuję za ratunek - wysapała
- Nie ma sprawy, ale następnym razem nie chodź sama o tej porze. Mało brakowało a bym nie zdążył. - odpadł.
- Dzięki, za radę. Jestem Juliette.
Zachwiał się na chwilę.
- Brian. Wybacz, ale muszę lecieć. Do zobaczenia.
- Zaczekaj... - rzuciła, jednak jego już nie było.

________________

1. lutego 2009

I. Ucieczka

Mieszkał w ubogiej paryskiej dzielnicy. Na oknie wisiały przyżółkłe firanki, same okna przepuszczały połowę promieni słonecznych, reszta ginęła w grubej warstwie brudu. W pokoju aż się prosiło o remont. Ściany aż lśniły od nadmiaru tłuszczu, w rogu wdał się grzyb. Nie interesowało go to. Nie zamierzał spędzić tu zbyt wiele czasu. Zgasił papierosa i opuścił swoja kawalerkę. To wszystko nikogo by nie zaskoczyło, gdyby nie fakt, że chłopak miał dopiero 18 lat.

Uciekł z domu, gdy miał 13 lat. Jego ojciec jak zawsze wrócił do domu pijany. Matka jak zawsze krzyczała i starała się przemówić mu do rozumu. Wiedziała dobrze, że niczego tym nie wskóra. On już po prostu taki był. Miała jednak nadzieję. Kochała go? Nie wiadomo, ale na pewno przywykła do takiego życia. Czy on ją kochał? Ciężko powiedzieć, ale nie potrafił bez niej żyć. Była mu potrzebna. Usługiwała mu, a on przywykł do tego. Tej nocy uderzył ją. To nie był pierwszy raz. Zdarzało się to ostatnio coraz częściej.

Ojciec bijący matkę. To bolesny obraz dla małego chłopczyka, którym był gdy to się zaczęło. Z czasem zaczął się od tego odcinać, odchodzić w własny, wyimaginowany świat, gdzie wszystko było możliwe, świat marzeń. Do awantur w domu przywykł. Fakt, że ojciec bije matkę zaakceptował. Bolało owszem, ale miał ważniejsze rzeczy na głowie. Planował ucieczkę. Nie spodziewał się jednak, że nastąpi to tak szybko.

Tamtej nocy było jeszcze gorzej, niż zwykle. Ojciec szarpał matkę i wlókł jej ciało po całym domu. Matka płakała wyjątkowo głośno. To sprawiło, że znieczulica jej syna pękła. Wyszedł z pokoju. Zobaczył jak ojciec stoi w kuchni z nożem kuchennym w ręce. Drugą ręką trzymał matkę za włosy, jednocześnie przyciskając nogę jej ciało do podłogi, by się nie wyrywała. Zupełnie tak jak kat nad skazańcem. On stał na schodach zaciskając rękę na poręczy. Drugą dłoń zacisnął w pięść, nie zauważając nawet, iż robi to z taką siłą, że przebija sobie naskórek i krwawi. Zbyt skupiony był na widoku ojca obcinającego matce włosy nożem. Sięgnął po wazon, który stał w salonie i cisnął nim z całej siły w ojca. Trafił centralnie w głowę i ojciec zemdlał. Stał chwilę jak wryty, nie dowierzając, że scena, którą wyobrażał sobie miliony razy, tym razem była rzeczywistością, po czym wrócił do swojego pokoju, wrzucił resztę rzeczy do torby i wybiegł z domu.

Poszedł na dworzec, wsiadł pierwszy lepszy pociąg i znalazł się w jednym z większych brytyjskich miast. Z matką widział się tylko raz. Błagała go by wrócił do domu. Mówiła, że ojciec mu wybaczy, że się zmienił. Nie uwierzył jej. Wiedział, że mówiła tak tylko dlatego, bo chciała by wrócił. Zmarła następnej wiosny. Przyjechał na jej pogrzeb. Stał z tyłu w oddali. Płakał. Nie chciał by ktokolwiek z rodziny dostrzegł jego obecność. Zarabiał w najróżniejszy sposób. Nauczył się francuskiego i wydał większość oszczędności na bilet lotniczy do Paryża, miasta jego snów.

Paryż go zachwycił. Jednak po jakimś czasie zbladł w jego oczach, uświadomił sobie, że to miasto nie jest takie jak w jego snach. Był tu jedynie jednostką pośród wielomilionowej masy. W głębi duszy czuł, że jest kimś wyjątkowym, lecz nie chciał się do tego przyznać przed samym sobą. Wmawiał sobie, że jest nikim. Był przez nikogo niezauważalnym Brianem Nemesem. Aż spotkał kogoś w swoim życiu kto uświadomił mu jak bardzo się myli…

________________

29. września 2008

Prolog

Od dawien dawna na krańcu świata gromadzą się dusze zmarłych. Stamtąd odsyłane są z powrotem do Krainy Żywych, by dokończyć to co zostało zaczęte jednak nie starczyło czasu by to zakończyć. Życie każdego z nich to inna gra. Na każdej szachownicy pozostały jeszcze pionki, które należy zbić, by wygrać potyczkę. Każdy z nich pozostawił wiele niedokończonych spraw.

Tysiące dusz krąży niespokojnie wokół wielkiego starego dębu. Wszystkie wypatrują jakiegoś znaku, sygnału. Oczekują na to co nastąpi dalej. Zatrzymali ich podczas podróży w jakimś określonym celu. Tylko jakim? Kiedy im wreszcie powiedzą co dalej z nimi będzie? Gdzieniegdzie widocznie odbijają się małe gromadki dusz, które niespokojnie się ze sobą komunikują. Żadna poprzez zamieszanie nie dostrzegła czegoś dziwnego, nietypowego dla tego miejsca. Nie wszyscy oczekiwali. Dwie dusze przysiadły na skraju wzgórza.

On i ona. Osobne dusze, wspólne myśli. Nie zwracali uwagę na odległą sytuację spod dębu. Za bardzo zajęci byli sobą. On otulił ją ramieniem, ona uśmiechała się do niego. Bez ustanku wymieniali swoje myśli. Wreszcie byli wolni od ich cielesnych powłok, które ograniczały ich nadzwyczajną więź. Tak mocną, a jednocześnie tak bardzo narażoną na rozerwanie. On otulił ją ramieniem, ona śmiała się do niego…
- Lusijo, Nathanielu czas wracać… - odezwał się silny głos z nikąd
- Musimy? – spytała.
Już nie śmiała się. Miała w oczach łzy. Przytuliła się do niego mocniej.
- Musimy? – wtórował jej Nathaniel.
Dobrze wiedział, że muszą wrócić. On musi. Ale czy Ona nie mogła by iść dalej? Jednak… Czy to nie była w pewnym stopniu łaską? Przepuścić ich razem, nie osobno, by dalej nie musieli się tułać by się odnaleźć. Głos nie odpowiedział.
- Kocham Cię, moja mała siostrzyczko. – powiedział Nathaniel.

Na krańcu świata gromadzą się dusze zmarłych, które jeszcze muszą grać. Potyczka trwa. Nikt jeszcze nie zwyciężył. Wokół starego dębu gromadkami oczekują, nerwowo spoglądając na drzewo. Są tak zajęci, że nie dostrzegli nawet, że dwie dusze siedzące w oddaleniu, na skraju wzgórza zniknęły. Im przyszło wrócić na szachownicę. Im przyszło dalej toczyć bitwę. Dalej grać.

________________

add to fav | guest book
Episodes: Prolog | I | II |