Było ciemno. Biegła. Słyszała za sobą tupot nóg ścigających ją mężczyzn. Nie wiedziała kim są i czego chcą, wyczuła jednak niebezpieczeństwo. Napastników było dwóch jeden wysoki, łysy, drugi niski z kapturem na głowie. Bała się, że nie zdąży. Czuła na sobie cuchnący alkoholem oddech goniących ją mężczyzn, mimo iż dzieliło ich kilkadziesiąt metrów. Skręciła w prawo.
Nie znała tej części Paryża. Miała nadzieję, że zgubi napastników. Nie poszczęściło jej się. Był to ślepy zaułek. Odwróciła się, zobaczyła dwa cienie skręcające zza rogu.
- No to maleńka jesteś dziś nasza! - zaśmiał się niższy z mężczyzn.
- Najpierw jest moja. - odparł wyższy.
- Podzielimy się nią bracie. Tak jak zwykle. Nigdy robiłeś z tym problemów. - oburzył się niższy.
- Nie dziś... Dziś jest tylko moja. Potem możesz z nią zrobić co zechcesz.
- Ale...
Więcej nie słuchała, zrozumiała co ją czeka, bała się. Najgorsza była jej całkowita bezradność. Ci dwaj mężczyźni zrobią z nią co tylko zechcą. Nabrała powietrza w płuca, gotowa zacząć wołać o pomoc. Po chwili jednak wypuściła je. Uznała to za bezsensowne. Może krzyczeć, może wołać o pomoc, ale tu i tak nikt jej nie usłyszy, a Ci dwaj tylko na to czekają, chcą tego. Podnieca ich to. Stwierdziła, że nie da im tego.
Mężczyźni byli coraz bliżej...
Przygotowała się na najgorsze. Na ból. Cierpienie. Męki, jakich nikt żywy nie powinien zaznać.
- Tutaj - usłyszała cichy męski szept.
Rozejrzała się. Dostrzegła cień postaci ponaglający ją ręką by wskoczyła przez małe nieokratowane okno, do piwnic jednego z tutejszych budynków.
Nie znała motywów mężczyzny, wiedziała jedna, że to jej jedyna szansa. Motywy jej napastników już dobrze znała. Czy jeden mężczyzna mógł zrobić jej coś gorszego niż planowali dla niej Ci dwaj? Nawet jeśli jakie miałoby to teraz znaczenie?
Wskoczyła przez okno.
- Za mną! - ponaglił ją mężczyzna.
- Nic nie widzę! - zaprotestowała.
Mężczyzna westchnął.
Poczuła jak łapie ją za rękę i gwałtownie pociąga w głąb budynku.
- Gdzie podziała się ta suka?! - wrzeszczał któryś z napastników - Nie rozpłynęła się przecież w powietrzu!
- Musiała uciec tutaj - stwierdził drugi z mężczyzn wchodzą przez okno do pomieszczenia z którego przed chwilą zniknęli.
___
Wybiegli z budynku, całą drogę słyszała za sobą kroki tamtych mężczyzn. Było jaśniej, odwróciła się, zobaczyła oświetlony szyld starego teatru. Przed budynkiem stali ludzie, niektórzy obserwowali ich z dziwnymi minami, większość nie zwróciła na nich uwagi. Spojrzała na swego wybawiciela.
Młody, przystojny mężczyzna, około dwudziestki. Brunet o niebieskich oczach z czarującym uśmiechem na twarzy.
Ciężko oddychał bo długiej, męczącej ucieczce. Z resztą ona tak samo.
- Dziękuję za ratunek - wysapała
- Nie ma sprawy, ale następnym razem nie chodź sama o tej porze. Mało brakowało a bym nie zdążył. - odpadł.
- Dzięki, za radę. Jestem Juliette.
Zachwiał się na chwilę.
- Brian. Wybacz, ale muszę lecieć. Do zobaczenia.
- Zaczekaj... - rzuciła, jednak jego już nie było.
________________